HOW THE PEASANT FROM STANISŁAWOWO DEFEATED THE DEVIL. JAK CHŁOP ZE STANISŁAWOWA POKONAŁ DIABŁA (english version, wersja polska)

 It was exactly midnight and it was a beautiful, moonlit night during the summer. At this very time two colleagues agreed to meet on the river by the footbridge. They were: Józef Barszcz from Stanisławowo and Stanisław Gorczyca from Szkwa. They agreed on an honorary bet, which one of them would be braver and appear in the agreed place according to the bet. The recognition signal was to be three whistles in a row.

The footbridge on the Szkwa River was exactly opposite Mr. Gorczyk who lived in Szkwa and Mr. Kabacik who lived in Stanisławowo. It was a bridge connecting these two villages with each other. The brave daredevil from Stanisławowo appeared on time at the agreed place. Seeing no friend he began to whistle. When he whistled for the first time, after a short time he also heard a whistle, but from a distance. He whistled again and heard the whistle too, but up close. Then he whistled for a third time and an unknown man appeared suddenly next to him. The man was dressed all in black. He had a black hat on his head and hooves instead of shoes, from which sparks spilled. He began a conversation with a surprised Mr. Barszcz. He asked him:
- Why did you call me?
- I came to meet my colleague and I do not know you, and I did not expect to meet you - the man from Stanisławowo answered with fear.
- Then you have to stand up to a duel with me. If you win, I will leave you alone, and if you lose, I take you with me - the dark gentleman said in a thick voice.
Mr. Barszcz, having no other choice, agreed to a duel. A duel began, during which the man from Stanisławowo was laid to the ground first. The devil began the countdown by saying “one”. Mr. Barszcz also said “one”. The second round began, in which Mr. Barszcz also lost. The satisfied devil screamed “two”, and a man from Stanisławowo also said “two”. “Three times lucky” - the devil said - and the third round began. It was very long and tiring. Sweat streamed down the man, but he didn't have the strength to beat the devil. He was laid to the ground for the third time. The happy winner screamed “three!”, but stubborn Kurp said “one” again. At that very moment there was an amazing whizz, a noise, a strong wind rose, and the devil made a voice like a horse's neigh. A lot of sparks fell from under his hooves.
The devil uttered the following words in an inhuman voice:
- “You defeated me with your stubbornness and courage.”
Then he moved away with a great speed disappearing into the distance.
The winner was lying down on the ground for a long time before he recovered from fear. Then, with the last of his strength, he reached his home. Without saying anything to anyone he went to bed, from which he did not get up for two weeks. He did not talk to anyone during that time. After two weeks, his mood returned to normal. With each passing day he became more open to people and began to tell his family about his adventure, and then eventually his neighbors and friends. And so the news of the defeat of the devil spread around the area.

 

tłum. Oktawia Klajny

 

JAK CHŁOP ZE STANISŁAWOWA POKONAŁ DIABŁA

Była dokładnie godzina dwunasta w nocy. Piękna, księżycowa, letnia noc. O tej właśnie godzinie umówiło się dwóch kolegów na spotkanie nad rzeką przy kładce. Byli to: Józef Barszcz ze Stanisławowa i Stanisław Gorczyca ze Szkwy. Umówili się oni na honorowy zakład, który z nich będzie odważniejszy i stawi się w umówionym miejscu zgodnie z zakładem. Sygnałem rozpoznawczym miały być trzy gwizdnięcia. Kładka na rzece Szkwie znajdowała się dokładnie naprzeciwko pana Gorczycy mieszkającego w Szkwie i pana Kabacika mieszkającego w Stanisławowie. Była ona pomostem łączącym te dwie wsie ze sobą. Odważny śmiałek ze Stanisławowa stawił się punktualnie w umówionym miejscu. Nie widząc kolegi zaczął gwizdać. Gdy gwizdnął pierwszy raz, po krótkim czasie usłyszał także gwizd, ale z dalekiej odległości. Gwizdnął ponownie i także usłyszał gwizd, ale już z bliska.
Gwizdnął trzeci raz i w natychmiastowym momencie tuż koło niego zjawił się nieznany mu człowiek. Był on ubrany cały na czarno. Na głowie miał czarny kapelusz, a na nogach zamiast butów kopyta, spod których sypały się iskry. Rozpoczął rozmowę ze zdziwionym Barszczem. Pytając go, po co mnie wzywałeś? Ja przyszedłem na spotkanie ze swoim kolegą, a Ciebie nie znam i nie oczekiwałem twojego spotkania - odpowiedział ze strachem pan ze Stanisławowa. Wobec tego będziesz musiał ze mną iść w biady. Jeżeli zwyciężysz, zostawię Cię w spokoju, a jeśli przegrasz, zabieram Cię ze sobą - oznajmił grubym głosem czarny pan. Barszcz, nie mając innego wyjścia, zgodził się na pojedynek. Rozpoczęło się pojedynkowanie, w czasie którego został położony na ziemię jako pierwszy stanisławowski śmiałek. Diabeł zaczął odliczanie, mówiąc raz. Także raz powiedział pan Barszcz. Zaczęła się druga runda, w której też przegrał Barszcz. Zadowolony diabeł krzyczy dwa, a stanisławowianin mówi raz. Do trzech razy sztuka, powiedział diabeł i zaczęła się trzecia runda. Była ona bardzo długa i męcząca. Pot spływał strumieniami z nie dającego się pokonać mężczyzny, ale nie starczyło mu sił, żeby czarta pokonać. Został położony na ziemię po raz trzeci. Ucieszony zwycięzca krzyczy trzy, ale uparty Kurp mówi raz. W tym momencie nastąpił niesamowity świst, szum, zerwał się mocny wiatr, a diabeł wydał z siebie głos podobny do rżenia konia. Spod jego kopyt posypało się mnóstwo iskier.
Nieludzkim głosem wypowiedział słowa: pokonałeś mnie swoją upartością i odwagą. Oddalił się wielkim pędem znikając w dal.
Zwycięzca długo jeszcze leżał na ziemi zanim oprzytomniał ze strachu. Po czym resztkami sił dotarł do swojego domu. Nie mówiąc nic nikomu położył się do łóżka, z którego nie wstawał przez dwa tygodnie. Przez ten czas także z nikim nie rozmawiał. Po upływie dwóch tygodni jego samopoczucie powróciło do normy. Z każdym dniem stawał się bardziej otwarty do ludzi i zaczął opowiadać rodzinie o swojej przygodzie, a potem sąsiadom i znajomym. I tak wieść o pokonaniu diabła rozeszła się po okolicy.

 

Wanda Aptacy

PS. Zdarzenia opowiadała mi moja babcia Stefania Prachniak ur. 22.04.1909 r., kiedy byłam małą dziewczynką. Babcia historię usłyszała z ust Józefa Barszcza, tego pana, który przeżywał tę przygodę.

 

rys. Marcin Sutuła


Drukuj